Poznań Spoza Kamery

#polityka  #Poznań  #wybory  #samorząd  #inwestycje

29 sierpnia 2022

Stowarzyszenie Prawo do Miasta znika z Poznania i lokalnej polityki. To koniec pewnej epoki

#Poznań #Prawo do Miasta #My-Poznaniacy #Maciej Wudarski #Dorota Bonk-Hammermeister #Tomasz Wierzbicki

SEWERYN LIPOŃSKI
29 sierpnia 2022

Niecałą dekadę przetrwało stowarzyszenie Prawo do Miasta. Zdążyło w międzyczasie wprowadzić swoich ludzi do rady miasta i do urzędu - gdzie przez parę lat miało nawet zastępcę prezydenta. Teraz jego zniknięcie stawia pod znakiem zapytania polityczną przyszłość poznańskich ruchów miejskich.

- Już kilka miesięcy temu na walnym zebraniu podjęliśmy decyzję o likwidacji stowarzyszenia - potwierdza Dorota Bonk-Hammermeister, szefowa Prawa do Miasta, a zarazem miejska radna z klubu Wspólny Poznań.

Zaznacza przy tym, że to nie był żaden nagły rozpad, tym razem nikt się z nikim nie pokłócił itd. (Co - jak zaraz przypomnimy - w przypadku ruchów miejskich nie zawsze jest takie oczywiste). Zatem wygląda na to, że stowarzyszenie po prostu umiera śmiercią naturalną.

Jeszcze istnieje na papierze i formalnie nawet nie jest w likwidacji. To dlatego, że są jakieś przeboje z załatwieniem tej sprawy w krajowym rejestrze sądowym. Jednak w praktyce Prawo do Miasta już nie prowadzi działalności.

Znamienne, że przez ileś miesięcy ta informacja była na wyciągnięcie ręki, a jednak ani ja, ani żaden inny pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Stowarzyszenie - odkąd już nie współrządzi Poznaniem - znalazło się na uboczu lokalnej polityki.

Mimo wszystko trudno mi przejść obojętnie wobec tej wiadomości. Niespełna dziesięć lat istnienia Prawa do Miasta to przecież kawał najnowszej historii Poznania. Społecznicy nieraz byli w samym centrum ważnych wydarzeń.


Prehistoria



O ruchach miejskich w Poznaniu możemy mówić od lat 2007-2008 - gdy grupa mieszkańców skrzykuje się i wspólnie protestuje przeciwko zaproponowanym przez władze miasta zmianom w studium.

Na początku można mówić o spontanicznym i żywiołowym ruchu (albo od-ruchu) społecznych działań strażniczych (watchdog), polegających na zamiarze patrzenia władzy na ręce (...).

Wszystko to razem nie miało w żadnym stopniu charakteru politycznego, partyjnego, ideologicznego czy w jakikolwiek inny sposób związanego z walką o władzę. Przełom nastąpił, kiedy te poszczególne, niezależne podmioty zaczęły podejmować próby solidarnej współpracy.

Pojedyncza rada osiedla, stowarzyszenie lokalne, nieformalna albo formalna grupa, w której aktywnych jest raptem kilka osób, ma stosunkowo nieduży potencjał działania czy siłę perswazji wobec opinii publicznej lub administracji. Podejmując kooperację i mówiąc wspólnym głosem, podmioty takie mogą natomiast stworzyć sporą siłę, której racje słychać szeroko i którą w warunkach porządku demokratycznego trudniej zignorować.


(Lech Mergler, "Poznań konfliktów", wyd. kwiecień 2008)

Społecznicy stopniowo łączą siły i postanawiają wystartować w wyborach samorządowych w 2010 r. Idą do nich pod szyldem Porozumienie My-Poznaniacy.

Mają własnego kandydata na prezydenta - Jacek Jaśkowiak zdobywa 7,2 proc. głosów zajmując czwarte miejsce. Jednak do rady miasta My-Poznaniacy nie dają rady nikogo wprowadzić. Mimo niezłego wyniku sięgającego blisko 10 proc.

To przez uroki systemu d'Hondta. Kilka osób jest naprawdę blisko (np. Andrzej Białas na Ławicy, Arleta Matuszewska na Strzeszynie), ale w każdym z okręgów trochę zabrakło, by wypchnąć z sali sesyjnej kogoś z PO, PiS, SLD czy prezydenckiego PRO.



Krótko po wyborach rozchodzą się drogi Jacka Jaśkowiaka i My-Poznaniaków. Potem Jaśkowiak niespodziewanie będzie chwalił prezydenta Ryszarda Grobelnego, pokłóci się z Lechem Merglerem o kapitalizm, Mergler usunie go ze znajomych na Facebooku.

Tymczasem prezydent Ryszard Grobelny - bardzo nielubiany i coraz ostrzej krytykowany przez społeczników - jest u szczytu politycznej kariery. Wybory wygrał niemal w I turze, wydaje się, że zbije kapitał na udanej organizacji Euro 2012.

Jeszcze nikt w mieście nie może wtedy przypuszczać, jak dalej potoczy się ta historia.

Rozłam



Zaraz po Euro 2012 Poznań żyje spóźnionymi inwestycjami, podwyżkami cen biletów (tu w protest mocno zaangażowali się właśnie społecznicy), a nawet nieudaną próbą zrobienia referendum w sprawie odwołania Grobelnego.

Gdzieś w cieniu tych wszystkich spraw w My-Poznaniakach dochodzi do rozłamu. Grupa działaczy - z Lechem Merglerem, Andrzejem Białasem i Maciejem Wudarskim na czele - zakłada osobne stowarzyszenie Prawo do Miasta.



- To nie jest tak, że odeszliśmy i poglądy nagle nam się zmieniły. Pewna polityka na pewno będzie kontynuowana - zapewnia Andrzej Białas, wybrany na prezesa Prawa do Miasta.

- Jeśli chcemy działać w sprawie i na rzecz kogoś - to współpraca jest konieczna. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy teraz mieli działać na zasadzie: "Zrobię mamie na złość i nie zjem obiadu". Nie tędy droga - przestrzega Arleta Matuszewska, wówczas (i do dziś!) szefowa My-Poznaniaków.

Słychać nieoficjalnie, że jedną ze spraw, które poróżniły społeczników, były wybory samorządowe. Czy start w nich powinien być głównym celem? Ci, którzy zostali w My-Poznaniakach, uważali, że nie. Tworzący Prawo do Miasta "separatyści" byli innego zdania.

Jeszcze jakiś czas później dodatkowo podzielą się ci, którzy zostali w szeregach My-Poznaniaków, bo również wykazująca polityczne ambicje Anna Wachowska-Kucharska założy własną Społeczną Inicjatywę Wyborczą "Poznaniacy".

Stowarzyszenia działają zatem już osobno. Z tym że w wielu tematach współpracują, np. w głośnej sprawie przejścia przy dworcu PKP, która dla ruchów miejskich staje się wręcz symbolem polityki Grobelnego.



Przełomowe wybory



Dlaczego społecznicy - bogatsi o doświadczenia z wyborów 2010 - nie zdecydowali się przeprosić ze sobą i dogadać w sprawie wspólnego startu? Zapytaliśmy o to Lecha Merglera, gdy robiliśmy z nim obszerny wywiad w "Wyborczej" w styczniu 2016 r.:

Anna [Wachowska-Kucharska] miała swoje odrębne cele - zaistnieć w wyborczej debacie. Musiała zatem kandydować na prezydenta. Kiedy więc już wybraliśmy Macieja [Wudarskiego] jako naszego kandydata - wspólny start stał się nierealny

Działacz Prawa do Miasta Lech Mergler, wypowiedź ze stycznia 2016 r., źródło: Gazeta Wyborcza Poznań



Tym razem do wyborów poszły więc dwa osobne komitety: Prawo do Miasta (już nie jako stowarzyszenie, ale szersza koalicja, z udziałem m.in. Przystanku Folwarczna) oraz ekipa Anny Wachowskiej-Kucharskiej.

Nie wystartowali My-Poznaniacy. Co wcale nie znaczy, że jego pojedynczy przedstawiciele nie próbowali swoich sił w wyborach. Szefowa stowarzyszenia Arleta Matuszewska kandydowała (bez powodzenia) do rady miasta z listy PiS.

Taki obrazek. Początek września, Meskalina, trwa pierwsza debata kandydatów na prezydenta. Jest ich pięcioro. Czekają dodatkowo dwa puste krzesła dla nieobecnych: prezydenta Grobelnego oraz kandydata Kongresu Nowej Prawicy.

- Poznań ma kaszel. Nie jest zdrowy. Musimy zbadać, co mu jest - ocenia Maciej Wudarski. Składa pierwsze obietnice: audyt finansowy i zrobienie przejścia przy dworcu. Tymczasem siedzący obok Jacek Jaśkowiak ogłasza swoje hasło: "gospodarny prezydent".

Z widowni inny społecznik Lechosław Lerczak pyta: co zrobić, żeby wpłynąć na prezydenta? Oczywiście - w domyśle - Grobelnego.

- To proste. Trzeba zmienić prezydenta! - odpowiada Wudarski. Dostaje za to głośne oklaski. Jeszcze nie wie, że jego życzenie spełni się prędzej, niż myśli.



Ale po kolei. Najpierw I tura wyborów i wyniki do rady miasta, na które długo trzeba czekać, bo w Państwowej Komisji Wyborczej zawiódł system zliczania głosów. Jest potworne zamieszanie.

Do dziennikarzy - w zalewie memów o PKW i żartów o dodatkowych mandatach dla PSL - docierają też nieoficjalne pogłoski o rezultatach. Podobno Prawo do Miasta wyszarpało jedno miejsce w radzie miasta - w okręgu nr 1 obejmującym Stare Miasto, Wildę i Świerczewo.

Z początku wydaje się, że ten jeden jedyny mandat musiał wziąć lider listy, którym był Mergler. Tymczasem tak naprawdę to nie on - tylko startujący z "trójki" Tomasz Wierzbicki.

Z pozoru - kompletny polityczny "no name". Jednak znany u siebie na Świerczewie, gdzie wykosił konkurencję. Mandat radnego zawdzięcza też Merglerowi i Dorocie Bonk-Hammermeister, którzy niemal równie dobrymi wynikami "pociągnęli" listę.

To dla poznańskich ruchów miejskich historyczny moment. Pierwszy raz wprowadzają kogoś do rady miasta.

Jak dużym zaskoczeniem jest to, że dostał się ktoś spoza "zastanego układu", niech świadczy anegdota związana ze stroną internetową urzędu i rady miasta.

Zarządzający stroną - po zaktualizowaniu listy radnych - chyba nie do końca wiedzą, co zrobić z tym politycznym "singlem" Wierzbickim. Początkowo, nie wiedzieć dlaczego, przypisują go do klubu SLD. Gdy Wierzbicki interweniuje - niespodziewanie zostaje przepisany do... PO. Z punktu widzenia ruchów miejskich - z deszczu pod rynnę.

Jeszcze później przy jego nazwisku pojawia się "klub radnych Prawo do Miasta". Fajnie, tylko kłopot w tym, że taki klub w ogóle nie istnieje. Musiałoby go utworzyć co najmniej trzech radnych.

Tymczasem Wierzbicki - choć dostał się do rady z listy PdM - formalnie jest radnym niezrzeszonym. Taka prawidłowa adnotacja pojawia się przy jego nazwisku dopiero za czwartym podejściem po iluś dniach.

Prezydent Jaśkowiak



Wiadomo, rada miasta radą miasta, ale najwięcej emocji budzą wybory prezydenta.

Już po I turze sensacja wisi w powietrzu. Grobelny dostał tylko 28,6 proc. Jaśkowiak jest całkiem blisko - 21,5 proc. Krytycy prezydenta - również ci z ruchów miejskich - nagle poczuli krew.

- Tak naprawdę to już wtedy wiedziałem, że przegrałem - przyzna mi po latach Grobelny.



Jedno z kluczowych zdarzeń ma miejsce we wspomnianej Meskalinie. Tydzień przed II turą Jaśkowiak podpisuje się tam pod długą listą postulatów lewicy i społeczników. W zamian Tomasz Lewandowski, Anna Wachowska-Kucharska i Maciej Wudarski udzielają mu oficjalnego poparcia.

- Nie mamy zaufania do obecnego prezydenta - podkreśla Wudarski, a AWK dodaje, że w związku z tym taki "kredyt zaufania" należy się właśnie Jaśkowiakowi.

Tydzień później Jaśkowiak sensacyjnie pokonuje Grobelnego. Zwycięstwo świętuje w towarzystwie społeczników. Słychać skandowanie "Jacek, Jacek!", a sam Jaśkowiak składa deklarację, że jednym z jego zastępców zostanie kobieta.

Gdy potem będzie się migał od spełnienia tej obietnicy - należące do PdM Aleksandra Sołtysiak-Łuczak i Dorota Bonk-Hammermeister będą mu to wypominać przy najróżniejszych okazjach.

Zaraz po wyborach wybucha jednak awantura o coś jeszcze innego. O stanowisko dla Tomasza Lewandowskiego. Jemu Jaśkowiak też zdążył naobiecywać, że zrobi go wice-, ale wycofuje się pod naciskiem Platformy.

Zamiast tego pojawia się pomysł z Maciejem Wudarskim. Wtedy Wachowska-Kucharska zaczyna pytać, z jakiej paki, skoro nawet ona zrobiła lepszy wynik. Dochodzi do burzliwego spotkania Jaśkowiaka ze społecznikami. Ostatecznie to Wudarski zostaje zastępcą Jaśkowiaka.



To kolejny sukces Prawa do Miasta. Stowarzyszenie ma już nie tylko radnego, ale też swojego człowieka na stanowisku zastępcy prezydenta, i to odpowiedzialnego za bliskie społecznikom sprawy: transport, polityka przestrzenna, zieleń w mieście.

Jest w tej całej układance również radny Tomasz Wierzbicki. Może nie odgrywa roli "języczka u wagi", ale ramię w ramię z PO i ludźmi Grobelnego pomaga Jaśkowiakowi przegłosować budżet miasta, m.in. głosując przeciwko... własnym zgłoszonym wcześniej poprawkom.

To wyraźny sygnał, że Prawo do Miasta w kolejnych miesiącach będzie twardo stać po stronie Jaśkowiaka, broniąc niemal wszystkich jego pomysłów czy decyzji - nawet tych kompletnie nietrafionych.

Społecznicy krótko potem biorą też rady osiedli. To trochę zapomniany, a ważny wątek, bo władzę w kilku ważnych tzw. jednostkach pomocniczych przejęli wtedy właśnie ludzie związani z Prawem do Miasta, m.in.:

- szefową rady osiedla Jeżyce zostaje Aleksandra Sołtysiak-Łuczak
- szefową rady osiedla Wilda zostaje Dorota Bonk-Hammermeister
- szefem rady osiedla Antoninek-Zieliec-Kobylepole zostaje Krzysztof Bartosiak
(z Przystanku Folwarczna sprzymierzonego z PdM)

Do tego miejscy aktywiści zachowali posiadane wcześniej przyczółki - np. na Ławicy karty rozdaje Andrzej Białas. Na Świerczewie w radzie i w zarządzie osiedla dalej zasiada Tomasz Wierzbicki.

Prawo do Miasta u władzy



Jeszcze w grudniu wiceprezydent Wudarski udziela nam wywiadu. Zapewnia, że nie zamierza być "listkiem figowym" w ekipie Jaśkowiaka, i zapowiada: - Możemy zmienić Poznań kierując się "miastopoglądem" zamiast światopoglądem. Szansa, jaką mamy, może się prędko nie powtórzyć.



Szybko się jednak okazuje, że z tymi ideałami to nie taka prosta sprawa, gdy nie ma się w ogóle politycznego zaplecza. I że "miastopogląd" też może wzbudzić niejedną awanturę.

Już po paru tygodniach Wudarski popada w pierwszy spór z innym zastępcą prezydenta - Jakubem Jędrzejewskim. To najbliższy współpracownik Jaśkowiaka i ważny działacz PO. Jako miejski radny kierował komisją kultury fizycznej i turystyki. Jest fanem sportu w niemal każdej postaci.

Tymczasem Wudarski ogłasza, że nie podoba mu się projekt Sportowy Golaj, czyli przywrócenie żużla na Golęcinie. Krótko przed wyborami zaczęła się modernizacja stadionu. Projekt, jak na ironię, wybrali mieszkańcy w budżecie obywatelskim - tak ważnym dla ruchów miejskich.

Z tego sporu zwycięsko wychodzi Jędrzejewski. Żużlowcy po dziś dzień korzystają ze stadionu. Dla Wudarskiego to pierwsze (i bynajmniej nie ostatnie) nieprzyjemne zderzenie z Platformą.

Jednak pierwsze miesiące to przede wszystkim porządki w magistracie. Trudno mówić o jakiejś czystce, następują raczej stopniowe roszady, takie jak utworzenie osobnego wydziału transportu i zieleni.

Jego szefem zostaje Paweł Śledziejowski, który - jak można nieoficjalnie usłyszeć - już wcześniej znał się z Wudarskim, bo mieszkają po sąsiedzku.

Ta nominacja okazuje się akurat trafiona. Zresztą Śledziejowski szybko zostanie szefem spółki Poznańskie Inwestycje Miejskie i zajmie się ratowaniem projektów odziedziczonych po poprzedniej władzy.



Zatrudnienie w miejskich strukturach znajdują też inni znajomi wiceprezydenta - powiązani z Prawem do Miasta. Tu już wątpliwości jest więcej.

Jeden za bardzo nie ma doświadczenia w dziedzinie, którą się zajmuje, kolejny - który trafia do rady nadzorczej miejskiej spółki - przyznaje nam, że po wygranej Jaśkowiaka po prostu złożył przy pl. Kolegiackim swoje CV, nie aplikując na żadne konkretne stanowisko.



Szefem gabinetu Jaśkowiaka zostaje wreszcie Andrzej Białas - prezes stowarzyszenia. Ten wybór jest akurat do wybronienia, w końcu trudno się dziwić, że na takim stanowisku prezydent chciał mieć zaufanego i sprawdzonego człowieka.

Gdy opisujemy te wszystkie powiązania i zawirowania kadrowe w tekście "Ich Prawo do Miasta", społecznicy wydają się poirytowani i zaskoczeni, dlaczego się tego wszystkiego w ogóle czepiamy.

Trudno się dziwić takiej reakcji. Przez ładnych kilka lat to oni byli tym "watchdogiem", wytykali błędy rządzącym, ba - czasem wypowiadali się w mediach wręcz jako eksperci. Teraz społecznicy nagle stoją po drugiej stronie barykady. I wyraźnie nie mogą pogodzić się z sytuacją, w której im też ktoś zamierza patrzyć na ręce.

Wyłazi przy okazji ich ogromna hipokryzja. Mniej więcej w tym samym czasie zatrudnienie w PKP Polskie Linie Kolejowe znajduje Mirosław Kruszyński - były zastępca Ryszarda Grobelnego. Wtedy Prawo do Miasta nie kryje oburzenia, żąda wyjaśnień, pisze o "karuzeli stanowisk" i "republice kolesi".

Zapomniane ideały



Trzeba przyznać: Jaśkowiak z Wudarskim coś tam z postulatów ruchów miejskich zrealizowali. Przeznaczyli sporo pieniędzy na zaniedbane remonty torowisk tramwajowych. Nieco obniżyli nawet ceny niektórych biletów (a podwyżki - co warto dziś podkreślić - za czasów Wudarskiego nie było żadnej).

Zdecydowane uspokojenie ruchu w ścisłym centrum miasta - poszerzenie strefy tempo 30, wyłączenie wkurzających świateł dla pieszych itd. - to również ich zasługa. A Kaponierę na ostatnią chwilę dostosowywali do potrzeb rowerzystów.

Tyle że oczekiwania były jeszcze większe. Tymczasem z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc przybywało spraw, w których Jaśkowiak z Wudarskim te oczekiwania zawodzili.

- Przecież Jaśkowiak miał być prezydentem zmiany! - irytuje się Lech Mergler na początku 2018 r., gdy rozmawiamy o "wyciszaniu kontrowersji", jakie Jaśkowiak nieformalnie zarządził w urzędzie.

Jednym z elementów tego planu jest zwolnienie oficera rowerowego - Wojciecha Makowskiego. Zrobiono to tak nieumiejętnie, że zamiast "wyciszyć kontrowersje", urząd rozpętał aferę i dyskusję.



Prezydent i były już oficer przerzucają się w mediach wzajemnymi oskarżeniami. Ruchy miejskie stają w obronie Makowskiego. Stowarzyszenie Prawo do Miasta pierwszy raz publicznie zaczyna się zastanawiać nad przyszłością sojuszu z Jaśkowiakiem.

Gdzie w tym wszystkim jest Maciej Wudarski? Dotąd chętnie pokazywał się z Makowskim, bronił jego pomysłów, ale gdy Jaśkowiak powiedział "dość" - Wudarski, ku rozczarowaniu koleżanek i kolegów ze stowarzyszenia, w żaden sposób (przynajmniej publicznie) nie stanął w obronie swojego podwładnego.

Takich spraw jest więcej. Szumnie zapowiadany buspas na Garbarach - pod naciskiem radnych PO - zostaje skrócony do 400-metrowego odcinka. Z kolei propozycja zrobienia drogi rowerowej na ul. Grunwaldzkiej doprowadza do gigantycznej awantury.

Znamienna jest historia ze zwężeniem ul. Głogowskiej na Górczynie. Spółka PIM zdążyła już nawet zapowiedzieć zmiany w organizacji ruchu, ale wtedy radni Platformy postanowili walnąć pięścią w stół i zwołać konferencję, na której radny Wojciech Kręglewski przekonuje: - Nie po to buduje się ulice, żeby je potem zamykać!



To wystarczy, by Wudarski i jego ludzie z podkulonym ogonem wycofali się z pomysłu. Później pomysłu zwężenia odcinka na Łazarzu już nawet nie chcą rozważać. Mimo ponad 1 tys. podpisów zebranych przez społeczników.

Ciekawie - i chyba całkiem trafnie - ujął to wspomniany oficer rowerowy Wojciech Makowski. Już po swojej dymisji tak mówił w rozmowie z "Wyborczą":

- Wiem, że prezydenci Jaśkowiak i Wudarski byli zaskoczeni, że gdy się zabiera przestrzeń pod samochody, to są konflikty. Miałem wrażenie, że dali się przekonać, że to, że jeżdżą na rowerach, jest ekstrawagancją. I że nie przyjęli do wiadomości, że ludzi, którzy chcą zmian w przestrzeni miejskiej, jest bardzo dużo.

Nawet pozornie proste rzeczy, jak słynne przejście przy dworcu PKP, Jaśkowiak z Wudarskim robili na raty. Tak, oni - jeszcze w kampanii najgłośniejsi zwolennicy tych pasów! A potem urzędnicy prawie zdołali ich przekonać, że "nie da się", "niebezpiecznie" itd. Niebywałe.

Punkt widzenia również w lokalnej polityce bardzo zależy od punktu siedzenia.

Trudna kampania



To wszystko oczywiście nie mogło pozostać bez wpływu na kampanię przed kolejnymi wyborami.



Społecznicy trafnie wyczuli, że ponowne robienie Wudarskiego swoją wyborczą "twarzą" byłoby kiepskim pomysłem, zwłaszcza że de facto musiałby rywalizować z własnym szefem. (Tomasz Lewandowski lubi to!)

Zamiast niego postawili więc na Dorotę Bonk-Hammermeister. Ale przecież od odpowiedzialności za współrządzenie Poznaniem przez całą kończącą się kadencję nie dało się tak po prostu uciec.

Zabawne było, gdy w Otwartej Antenie robiliśmy dyskusję o budowie parkingów w centrum Poznania, gdzie do działań urzędu sporo zastrzeżeń miało właśnie Prawo do Miasta.


I żeby było jeszcze śmieszniej - z ramienia urzędu w dyskusji wziął udział nie kto inny jak wiceprezydent Wudarski! Koalicja na szczęście się zlitowała i wystawiła Pawła Głogowskiego.

Takich komicznych sytuacji było więcej. Zwłaszcza że stowarzyszenie wcale nie schowało Wudarskiego na czas kampanii. Przeciwnie. Wiceprezydent zapraszał dziennikarzy w różne miejsca, gdzie obiecywał zmiany, których sam nie przeprowadził przez cztery poprzednie lata.

Gdy zrobił taki event na Głogowskiej i zapowiedział tam uspokojenie ruchu - nie wytrzymałem. Zapytałem, czy skoro Jaśkowiak i radni Platformy tak mu wszystko utrudniali, to nie powinien był podać się do dymisji?

- Tak nie uważam, ponieważ rzeczy, które udało się zrobić, było z kolei bardzo wiele. Natomiast kwestie, które dotyczyły organizacji ruchu i tak odważnych działań, napotykały na opór - odparł Wudarski. Całą swoją kadencję w roli zastępcy prezydenta ocenił potem na "taką mocną czwórkę".



Już po wyborach, podsumowując kampanię, napisałem o postawie koalicji Prawo do Miasta i jej kandydatki na prezydenta:

Jak już mówimy o Wudarskim – DBH od początku kampanii miała z nim problem. Ni to się dystansowała i lekko krytykowała politykę transportową miasta, ni to jednak go broniła, bo to przecież „nasz człowiek”. Taki całkowicie niezrozumiały misz-masz.

Pod koniec kampanii koalicja przyjęła więc strategię, że to Wudarski osobiście jeździł po różnych miejscach – np. zawitał na ul. Głogowską – i obiecywał różne rzeczy, ale wiarygodności nie było w tym za grosz.

Poznaniacy mogli odnieść fatalne wrażenie, że te całe ruchy miejskie to jednak są w jakiś sposób umoczone we władzy, skoro polityczni konkurenci nie omieszkiwali im raz po raz wytykać udziału w rządach i różnych zaniechaniach Jacka Jaśkowiaka.


Krajobraz po wyborach



Mimo wszystko społecznicy odnieśli w wyborach względny sukces - tym razem wprowadzili do rady miasta już dwie osoby. Żartowaliśmy, że w takim tempie, to za jakieś 20 lat zdobędą większość ;)

Tylko co z tego, że radnych mają więcej, skoro utracili wpływ na władzę? Prezydent Jaśkowiak co prawda żegnał Wudarskiego z honorami. Ale jednak pożegnał. Zresztą już przed wyborami dawał do zrozumienia, że nie planuje z nim dalej współpracować.



Ta dymisja była sygnałem od Jaśkowiaka dla ruchów miejskich, że teraz - mając poparcie 127 tys. ludzi i komfortową większość w radzie miasta - już ich nie potrzebuje, i że nie zamierza się z nimi specjalnie liczyć. To samo zrobił zresztą z lewicą.

Jednych i drugich próbował jeszcze wmanewrować w jakiś wspólny klub stanowiący zaplecze dla Tomasza Lewandowskiego. To też pokazuje, jak instrumentalnie prezydent potraktował swoich sprzymierzeńców (czy wręcz koalicjantów!) z poprzedniej kadencji.

Żeby było jeszcze zabawniej - taki klub koniec końców faktycznie powstał - o czym za chwilę.

Działania Jaśkowiaka w drugiej kadencji w niektórych sprawach pokazały, że część zobowiązań z 2014 r. wobec ruchów miejskich tak naprawdę była mu nie w smak, a po ostatnich wyborach przestały być dla niego priorytetem.

Komunikacja miejska? Tak, dalej na nią stawiamy, ale gdy jest pretekst - podnosimy ceny biletów.

Zieleń w mieście? Tak, oficjalnie jesteśmy za, natomiast w praktyce nie będziemy za drzewa umierać. Zwłaszcza gdy kolidują z jakąś ważną inwestycją.

Wsparcie dla przedsiębiorców w rozkopanym centrum? Tak to już jest w biznesie, że przetrwają najsilniejsi, więc bez przesady. Niech przestaną marudzić i poprawią jakość swojej kuchni.



Gdy słyszał to wszystko Lech Mergler, pewnie przed oczami stawały mu polemiki z Jaśkowiakiem, które toczyli przed blisko dekadą na łamach "Głosu". Wówczas Mergler nazywał Jaśkowiaka "ortodoksyjnym neoliberałem" i "wielbicielem koncepcji Balcerowicza".

To było - jak się teraz, po latach, okazuje - całkiem trafne i całkiem prorocze.

Epilog



Tyle że i pozycja Jacka Jaśkowiaka oraz jego byłych kompanów ze zwijającego się Prawa do Miasta jest dziś skrajnie różna.

Wystarczy przypomnieć, że klub radnych Wspólny Poznań - który niespodziewanie połączył dwoje radnych z ruchów miejskich, dwoje radnych lewicy i dwóch "uciekinierów" z największych klubów - mimo różnych zastrzeżeń do polityki Jaśkowiaka co roku grzecznie przyklepuje mu budżet i udziela wotum zaufania oraz absolutorium.



Co będzie dalej ze społecznikami z Prawa do Miasta? Dotychczasowa szefowa PdM Dorota Bonk-Hammermeister zwraca uwagę, że choć stowarzyszenie przechodzi do historii, to są kontynuatorzy. Z różnych mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych inicjatyw, jak Koalicja ZaZieleń Poznań czy Rowerowy Poznań.

Tylko czy społecznicy z tak wielu i tak różnych grup będą chcieli się porozumieć, by wspólnie iść do wyborów w 2023/2024 r. Jeśli nawet zechcą - to czy będą potrafili? Doświadczenia poznańskich ruchów miejskich jasno pokazują, że z tym porozumieniem nawet przy 2-3 większych stronnictwach bywał wielki problem.

Jest jeszcze wspomniany Wspólny Poznań. To paradoks: polityczna przyszłość ruchów miejskich w Poznaniu stoi pod wielkim znakiem zapytania akurat w chwili, gdy mają w radzie miasta siłę, o której do niedawna mogli tylko pomarzyć.



Sześcioro radnych - to co prawda żaden potentat i nie ma decydującego głosu - ale przy sprzyjających okolicznościach nawet taka grupka może mieć istotny wpływ na miejską politykę.

Zaraz po powstaniu Wspólnego Poznania pisałem, że ta inicjatywa mogłaby się stać swoistą "bazą" miejskich aktywistów pod kolejny wspólny start w wyborach samorządowych.

Krajobraz po nich - patrząc z jednej strony na rosnące powoli poirytowanie działaniami prezydenta Jaśkowiaka, z drugiej strony na coraz większą niechęć (nie tylko w Poznaniu) wobec rządów PiS - może być zupełnie inny niż dziś. Pytanie, czy ruchy miejskie dadzą sobie szansę, by z tej okazji skorzystać.

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go udostępnić: